Baśń jak z Tysiąca i jednej nocy

2015_ulotka_news_QATAR-02

Zaczęło się w 1840 roku kiedy mój pradziadek założył mały warsztat złotniczy… A dziś, 175 lat później historia zatoczyła koło. Znów otwieramy pierwszy butik, ale tym razem: pierwszy za granicą. I to na Bliskim Wschodzie! Pradziadek Władysław byłby nieźle zaskoczony.

Kiedy patrzę na różowy szyld, na którym w alfabecie arabskim jest napisane moje imię i nazwisko, mam wrażenie, że to jakaś baśniowa historia, która rozgrywa się na naszych oczach. Jeszcze 5 lat temu nie uwierzyłabym, że razem z moim bratem założymy markę biżuterii sygnowaną moim imieniem i nazwiskiem. Jeszcze 3 lata temu nie pomyślałabym, że nasz koncept rozwinie się do 10 butików w całej Polsce, że ktoś będzie do mnie podchodził na ulicy pytając się „Ty jesteś Ania Kruk? Zobacz, mam Twoją bransoletkę!”. A teraz trudno mi uwierzyć, że na Bliskim Wschodzie, w Dosze, stolicy Kataru, kobiety pod czarnymi abayami noszą zaprojektowaną przeze mnie biżuterię.

DSC_9703

Tutaj muszę się Wam przyznać, że noszą ją już od kilku miesięcy! Dlaczego siedzieliśmy cicho? Dlatego, że nie lubimy szybkich sukcesów, które potem się równie szybko, acz dyskretniej, odwołuje. Woleliśmy poczekać, sprawdzić, przeanalizować pierwsze miesiące, aż będziemy mogli jasno i konkretnie powiedzieć: mamy butik w Katarze, sprzedaż idzie świetnie, zostajemy tam na dobre!

2015-10-10 12.57.59_v2

Przygotowując się do otwarcia butiku na Bliskim Wschodzie byłam bardzo ciekawa tego rynku i naszych miejscowych klientek. Różne kultury i różne kanony piękna to zawsze wyzwanie dla marek działających na wielu rynkach. Katar jest szczególnym przypadkiem: to prawdziwy “melting pot”, miejsce spotkań tak wielu różnych narodowości, tradycyjny i nowoczesny zarazem. Wybierając wzory do naszego butiku, musiałam kierować się zarówno gustem Arabek, Hindusek, których mieszka tam bardzo dużo, jak i Europejczyków, którzy przyjechali tu na kontrakty. Poznałam Polki i Polaków, którzy tam mieszkają, miałam przyjemność wypić kawę i dowiedzieć się wielu rzeczy o regionie bezpośrednio od Ambasadora Polski w Katarze, Krzysztofa Suprowicza, który pojawił się na oficjalnym otwarciu butiku.

DSC_9511

To był szalenie inspirujący czas! Chciałabym się tym jakoś z Wami podzielić, przenieść trochę Bliskiego Wschodu do Polski, szczególnie w takie szare listopadowe dni, jakie ostatnio mamy. Dlatego teraz, na koniec listopada, debiutuje moja kolekcja AIDA – która powstała z inspiracji Bliskim Wschodem. Mieniące się w słońcu kryształy, bogactwo kolorów, rozbudowane formy kolczyków – smaki rodem z “Baśni Tysiąca i Jednej Nocy”. Kataryjki od dziś chodzą w polskiej biżuterii. Dlaczego nie działać również w drugą stronę i zainspirować Polki do noszenia orientalnych wzorów?

ania 125_011

Dla mnie jako projektantki najbardziej fascynująca jest różnorodność i wymiana kulturowa. Dlatego jestem tak szczęśliwa z otwarcia butiku w Katarze. To duży krok dla marki ANIA KRUK. Jesteśmy naprawdę dumni, że jako jedna z pierwszych polskich marek otwieramy sklepy w Katarze i pokazujemy światu polskie projekty.

Co dalej? W październiku, po uroczystym otwarciu butiku w The Mall, jeszcze w długiej sukience, ale już bez obcasów, pojechałam na plac budowy centrum handlowego NorthGate, które będzie największą luksusową galerią handlową w Katarze. Tam, na parterze, obok największych marek modowych świata, powstaje drugi różowy butik. Polska marka, polska biżuteria, polski projekt wnętrza (zaprojektowane przez młodych architektów ze studia MODE:LINA). Obok największych światowych sieci. Nadal nie mogę tego ogarnąć w głowie! :) A w planie są już mamy kolejne bliskowschodnie lokalizacje…

12135316_1533925753598645_249010273_n

Podsumowując: otwarcie drugiego, większego butiku już na wiosnę! Od czterech lat moje życie przypomina szalony rollercoaster, jest dużo pracy, dużo stresu, ale przede wszystkim – ogromna radość: z mojego zespołu, wszystkich dobrych i fajnych ludzi, których spotkałam na drodze, i którzy nas wspierali, z tego, co udało nam się razem zbudować. Pradziadek Władysław może przewraca się w grobie, ale prababcia Helena byłaby szalenie dumna!

Ściskam Was,

DSC_9680

Fashion Week Poland 2014

IMG_20140509_205219

Każdy Fashion Week zaczyna się dla mnie tak samo.

tumblr_n5b19lCRqK1s2fh8ro1_1280

Od takiego właśnie widoku. Im więcej czasu spędzam jeżdżąc po Polsce (a ostatnio zdarza mi się dosyć często) – tym bardziej lubię takie obrazy. Prosta droga, światło, horyzont. Magia :) Nawet jak jedziesz sobie po prostu do Łodzi, a nie legendarną Highway 66, taki roadtrip i tak ma w sobie coś magicznego. A największa magia dzieje się w tym jedynym Mac’u, na trasie Poznań-Warszawa (który wypada tuż przed Łodzią), gdzie zawsze spotkamy kogoś znajomego. Zwłaszcza o 1 w nocy, wracając z Fashion Week’a.

Ale, ale, jeszcze o FWP nic nie napisałam, a już jestem przy powrocie. Więc od początku.

Każdy FWP zawsze zaczyna się dla mnie tak samo. Od widoku autostrady. Lub jeszcze wcześniej: od momentu kiedy stoję przed otwartą szafą i mówię: “Tym razem NAPRAWDĘ nie mam co na siebie założyć.” ;) Przez chwilę jest dramat, postanawiam: “muszę po pracy skoczyć na zakupy!”, po czym jednak pojawia się pomysł. Nie ukrywam, pomaga, że mam nieskończoną ilość biżuterii do wyboru, żeby wymyślić ciekawy, ale i wygodny (inaczej nie umiem, niestety!) look na największą imprezę modową w Polsce.

Dlatego u mnie kolejność często jest odwrócona. Zaczyna się od biżuterii. Wpada mi w ręce naszyjnik z kolekcji KOMIKS. Potem następuje szybki łańcuch skojarzeń: złoto pięknie odbija na głębokim błękicie, więc zaczynam szukać czegoś niebieskiego, i już nagle cały outfit mam gotowy.

IMG_20140515_191344

Niestety, nigdy nie mam czasu, żeby zostać na FWP na dłużej. Wpadam i wypadam – jestem tylko jeden dzień, i jak to usłyszałam ostatnio: “Nigdy nie zostajecie z nami na Afterparty!”. Taki los, w piątek po pokazach wsiadam do auta, bo następnego dnia o 9.00 muszę być na zajęciach na uczelni (kończę właśnie studia podyplomowe na Uniwersytecie Ekonomicznym). Z dużym kubkiem kawy.

Strefa showroom – od niej zawsze zaczynam. Skrzywienie zawodowe: wolę oglądać ubrania i dodatki “w akcji”, na ludziach. Rozmawiać z projektantami, oglądać stoiska, sprawdzać ceny, oceniać produkty pod kątem sprzedaży (a więc tak ważna relacja cena-jakość). Pokazy są piękne, ale oderwane od codzienności. Prezentują pewną wizję, wyidealizowaną wersję rzeczywistości. Modelki mają idealne proporcje, kolekcję uzupełnia muzyka, światło, dodatkowe efekty. Często nawet trudno mi sobie wyobrazić te ubrania na kimś znajomym. Nie mówię, że to jest złe. Niektóre pokazy robią na mnie ogromne wrażenie (szczególnie muzyka!), ale bliższa mi jest moda, która schodzi z piedestału, przestaje być teatrem, wkracza w prawdziwe życie.

IMG_20140515_191131

Może dlatego z piątkowych pokazów na Designers Avenue najbardziej podobała mi się kolekcja Natalii Jaroszewskiej. Była dosyć bezpieczna, jeśli chodzi o formy, fasony i kolory, ale przez to bardzo życiowa. Conajmniej połowę z jej rzeczy chętnie wzięłabym dla siebie lub dla mojej mamy. Kombinezon, płaszcz, sweter, spódnice (co najmniej dwie!), i kilka sukienek. Ponadpokoleniowo, uniwersalnie, stylowo.

Czego nie widziałam, a żałuję? Pokazu Kas Kryst – oglądałam zdjęcia, i wygląda naprawdę super. Zaskakujące fasony, gra “dookoła” czerni. Wszystko jest czarne, ale nic nie jest czarne (sprawdźcie zdjęcia, zrozumiecie). Żałuję, że nie mogłam być w Łodzi w sobotę – wtedy swoje kolekcje prezentowała pani Joanna Klimas oraz MMC Studio. Na pocieszenie: fotka z Iwoną Majer (która razem z Rafałem Michalakiem tworzy MMC Studio) oraz Joanną Horodyńską (wieloletnia przyjaciółkę i ambasadorkę MMC), które spotkałam na piątkowych pokazach.

Pozdrawiam już z Poznania,

IMG_20140509_205219

Wyprawa do Monachium

To teraz Wam się przyznam jak spędziłam Walentynki. I nie będzie tu zdjęć wytwornej kolacji, szampana ani truskawek (z resztą, zimą truskawki? eeee… ). W czwartek wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy w drogę – do Monachium, na targi Inhorgenta, jedno z najważniejszych wydarzeń w branży jubilerskiej na świecie.

INH_diary

Zjeżdżają się tutaj wystawcy z całego świata, przechodząc od jednego stoiska do drugiego słyszysz jak miesza się ze sobą włoski, chiński, angielski, duński, hindi i jeszcze tysiąc innych języków. Oglądasz minimalistyczną biżuterię marek skandynawskich, drobne i delikatne wzory z Grecji. Potem, kawałek dalej, wystawiają się Australijczycy, z dumą prezentując jeden z najbardziej cenionych na świecie kamieni: mieniący się milionem barw opal. Jest pawilon poświęcony wielkim markom, gdzie na stoisku częstują Cię szampanem, a biżuteria skrzy się od brylantów. Wszystko, co może zainteresować twórców biżuterii, ale i sieci sklepów jubilerskich, które tutaj szukają biznesowych partnerów. Jest pełen wachlarz maszyn do produkcji – zbieram katalogi, żeby być na bieżąco z nowinkami technologicznymi. Jest cały pawilon dostawców kamieni – szlachetnych, pół-szlachetnych, pereł, wszystkiego co można oprawić i stworzyć z tego biżuterię. Na ścianach wiszą całe sznury kamieni, a ja przy takiej różnorodności wzorów i kolorów, czuję się jak małe dziecko w sklepie z zabawkami. Ciągle na nowo mnie zaskakuje, że takie skarby powstają gdzieś we wnętrzu ziemi, i tylko czekają, żeby je wydobyć, znaleźć i oszlifować.

Na targach spędziliśmy dwa dni, od rana do wieczora, a i tak nie zdążyłam wszystkiego zobaczyć. Oprócz stoisk z biżuterią, Inhorgenta to również bogaty program wykładów eksperckich – o materiałach, kamieniach, perłach, prezentacji trendów w biżuterii na następne sezony. Odwiedzając targi, dostajesz w pigułce pakiet informacji: co się dzieje w branży, co jest modne, i co ważniejsze: co modne będzie w przyszłości.

Gdzie w tym wszystkich Walentynki? W piątkowy wieczór wróciliśmy do hotelu zmęczeni straszliwie, po całym dniu chodzenia. Ale stwierdziłam: być w Monachium i nawet nie zajrzeć do centrum? Nic nie zobaczyć? Eeeee…. Więc jednak, ostatnimi siłami, wytoczyliśmy sie z pokoju i ruszyliśmy w kierunku Marienplatz. Było warto! Spacerowaliśmy chyba 2 godziny, o północy oglądaliśmy katedrę, stare bramy miejskie, mosty nad Izarą. Zamiast filmowego “Midnight in Paris” miałam w Walentynki “Midnight in Munich”. Też fajnie, prawda? ♥

tumblr_n10e2bkSTy1s2fh8ro1_1280

Święta w Poznaniu i Barcelonie

tumblr_mykp04gOJj1s2fh8ro1_1280

Wiem. Jest 22 stycznia, wszyscy juz dawno zapomnieli, że Święta były, a ja tutaj nagle z takim postem. Co zrobić, pojechał człowiek na wakacje, oderwał się od pracy, a kiedy wrócił… No właśnie, te powroty z wakacji wiążą się zawsze taką ilością nagromadzonych zadań i zaległości, że nie wiadomo od czego zacząć. Więc w ciągu dnia, w pracy, nie miałam kiedy skupić się na blogu i tak sobie ciągle powtarzałam: “usiądę sobie do tego dziś wieczorem w domku, na spokojnie, zrobię dobrą herbatę i wszystko ładnie napiszę”. Ta. Z rumieńcem wstydu przyznam, że realizację tak pięknego planu uniemożliwiła 1 rzecz. Przeszkoda nie do pokonania. Serial Homeland. Odkąd obejrzałam pierwszy odcinek na początku stycznia, tak musiałam, po prostu MUSIAŁAM obejrzeć go aż do końca. Aż do końca 3 sezonu, rzecz jasna. Rozumiecie mnie? Są tu inne osoby z lekką obsesją na punkcie Homeland? ;)

Dlatego blog został chwilowo porzucony, dla Carrie, Brody’ego, Saula, Quinna (aaaach, Quinn…) i ogólnej tematyki super-szpiegów, Bliskiego Wschodu, podwójnych agentów, terrorystów, i w ogóle. Wiecie, tak w ramach małego researchu do następnej kolekcji… ;)

Ale już wracam, wrzucam zdjęcie choinki i mentalnie przenoszę się na koniec grudnia.

aniakruk_swieta_tradycja_rodzinna

Moje Święta Bożego Narodzenia to żywy przykład, jak rodzinne tradycje się zachowują w czasach globalizacji i miksu kulturowego, w którym żyjemy. Mój mix jest polsko-hiszpańsko-kataloński. Więc część Świąt spędzamy w Poznaniu, a część w Barcelonie. Taki lajf: jeśli rodzina jest porozrzucana po świecie, to w czasie Bożego Narodzenia trzeba się trochę najeździć. I tak uważam, że mamy z Tonim szczęście – są pary, które 24 grudnia muszą obskoczyć 2, albo i 3 Wigilie, co jest zadaniem zupełnie karkołomnym. Nam się udało wszystko sprawnie poukładać, i mimo sporej odległości do pokonania, co roku być z naszymi najbliższymi w najważniejszych dla nich momentach.

24 grudnia, Wigilia – Poznań.
Tego dnia do późna siedzimy w pracy. Zamykamy nasze butiki dopiero o 15:00, i my od lat (wcześniej w W.Kruku, a teraz w Ani Kruk) jesteśmy do tej ostatniej chwili razem z dziewczynami. Ale to nie znaczy, że odpuszczamy sobie Wigilię – o nie! W mojej rodzinie obchodzimy Święta w tradycyjny, polski sposób – zbieramy się wszyscy razem, w ponad 10 osób, mamy choinkę, kolędy, 12 potraw. Karp smażony, gotowany, ryba po grecku. Kapusta z grzybami. Nie ma u nas barszczu, za to jest biała zupa rybna. Taka tradycja, po dziadku. Podobno typowo wielkopolska. Łamiemy się opłatkiem, składamy sobie życzenia. Co roku jest podobnie, a jednak inaczej. Tym razem gwiazdą wieczoru był mały Hubert, synek mojego kuzyna Krzysia – powyżej fotka prababci z prawnuczkiem ♥

O tym, że Święta to dla mnie czas rytuałów, poprzez powtarzalność pewnych gestów, zwyczajów, potraw, wpisania się w pewien większy cykl, Tradycję przez duże T, wspominałam już w poprzednich notkach (tutaj). Tutaj pokażę Wam tylko jeden z pięknych tego przykładów: srebrne sztućce, które wykonał mój pradziadek, Władysław Kruk, pod koniec XIX wieku. Dbamy o nie, chuchamy, i wyciągamy na Wielkie Okazje. I jak tu nie przesiąknąć rodzinną tradycją?

aniakruk_swieta_tradycja_rodzinna_sztucce

25 grudnia, I Dzień Świąt, El dia de la Navidad – El Masnou, Barcelona.

Większość osób w poranki 25 grudnia jeszcze odsypia wigilijną imprezę, a my śmigamy autostradą do Berlina, bo mój brat nas podrzuca na lot do Barcelony. Więc jeśli chcecie wiedzieć jak wyglądają drogi 25 grudnia, to służę informacją: jest pusto. Mgliście, pusto i sennie. Ale plus tego jest taki, że sprawnie dojeżdzamy, i po 2,5h lotu jesteśmy na drugim końcu Europy. Jedziemy do domu, do Masnou, prosto na obiadek na godzinę 15:00. Hm, może słowo “obiadek” nie bardzo pasuje do imprezy na 20 osób, najważniejszego momentu Świąt dla Hiszpanów (tak, tak, wcale nie Wigilia, a właśnie I Dzień Świąt!). Jedzenie też jest zupełnie inne niż w Polsce. O karpiu tutaj nikt nie słyszał, o niejedzeniu mięsa w Wigilię również (większość naszych znajomych 24 grudnia wsuwa jamon – hiszpańską szynkę – i owoce morza). El dia de la Navidad jest bardziej osadzony w tradycji. Podaje się specjalną zupę, która się nazywa Escudella. Poniżej fotka. To tak naprawdę taki bardzo intensywny rosół, gotowany przez wiele godzin na 10 różnych rodzajach mięsa – od świńskich nóżek po kiełbasy i kaszankę, oraz warzywach, czasami dla nas zaskakujących, jak garbanzos – cieciorka. Kto w Polsce wrzuca cieciorkę do rosołu?

tumblr_myeswdioey1s2fh8ro1_1280

Escudella jest przepyszna, mówię Wam to szczerze, z ręką na sercu, i wcale nie dlatego, że ją robiła moja przyszła teściowa… ;) Potem, na wielkich półmiskach wyjeżdza właśnie to wszystko, na czym się escudella gotuje. Tutaj fotki nie załączam, bo jak sobie możecie wyobrazić wygląda to mniej apetycznie niż gotowa zupa ;) Potem jemy jeszcze merluze (morszczuka) z almejas (nie wiem jak się nazywają almejas po polsku – to jest któraś z tych odmian małż). A potem mnóstwo deserów – tradycyjne katalońskie turrones, ale też przywiezione z Polski makowiec, sernik i pierniczki. Mniam!

Znacie ten stereotyp, że hiszpańska rodzina jest duża i głośna? Aha. To sobie pomnóżcie to jeszcze przez dwa, a potem przez parę dni Świąt i rodzinnych spotkań. I turniejów karcianych. Bo każde spotkanie prędzej czy później kończy się tym, że wyciągamy karty i zaczynamy grać w “buraka”. El Buraco* przywędrował do nas za pośrednictwem cioci z Rzymu. Gra w niego nałogowo cała nasza hiszpańska rodzina, a 3 lata temu po wspólnie spędzonej Wielkanocy zaraziła się cała rodzina w Polsce. A nawet sąsiedzi…

*Burak (zbieżność nazwy z naszym polskim warzywem przypadkowa) to gra Remiko-podobna, przypomina Kanastę, tylko jest zdecydowanie mniej matematyki i liczenia.

aniakruk_swieta_barcelona1

26 grudnia, II Dzień Świąt, San Esteban – Barcelona.

II Dzień Świąt spędzamy podobnie – to San Esteban, który jest obchodzony tylko w niektórych regionach Hiszpanii, m.in. w Katalonii. Dlatego tego dnia jedziemy do Barcelony, do bardziej katalońskiej, a mniej wymieszanej, części naszej rodziny i tam powtarza się cały rytuał. Jedzenie, rozmowy, kawa, sobremesa, a potem turniej karciany. Na zdjęciu karty, pierścionki (a co! kolekcja FASHION i DECO), i moje miny, gdy przymierzam okulary kuzynki Toniego, Carli.

Zastanawiam się, co jeszcze mogłoby byc dla Was ciekawe, z różnic kulturowych, które gdzieś tam po drodze wynikają. Może temat kolęd? Kruki kolęd nie śpiewają, bo nikt u nas w rodzinie talentu do śpiewania nie ma. Kolędy lecą z płyty, w tym roku na przykład naszych zaprzyjaźnionych Audiofeelsów. Za to w Hiszpanii… W Hiszpanii niektórzy, aż się rwą do śpiewania…. flamenco! Niby jesteśmy w Katalonii, a flamenco pochodzi z południa Hiszpanii, ale jak nagle jedna z ciotek Toniego zaczęła śpiewać, to po 5 minutach mieliśmy cały chór. Dla mnie nadal lekki szok. [ sprostowanie: Toni przeczytał wpis i powiedział, że to nie było flamenco, ale copla, która jest podobna i również pochodzi z południa. Jest popularna również w Barcelonie, z powodu dużej fali migracji Hiszpanów z Andaluzji do Katalonii. ]

Prezenty – to jest dobry temat. Wyobraźcie sobie, że w Katalonii prezentów nie przynosi Święty Mikołaj ani Gwiazdor. Sytuacja jest bardziej skomplikowana. Według tradycji, te duże świąteczne prezenty przynoszą Trzej Królowie – a więc dzieci powinny czekać aż do 6 stycznia, kiedy to w każdym mieście jest wielka parada, wjeżdzają królowie i rozdają grzecznym dzieciom upominki (ciekawy wątek – dlatego wielkie rebajas, przeceny w sklepach, w Hiszpanii zaczynają się dopiero po 6.01, ponieważ do tego czasu jeszcze wszyscy robią wielkie, świąteczne zakupy). Więc co się dzieje w Wigilię?

cagatio

W Wigilię prezenty (ale takie drobniejsze, raczej słodycze itd.) przynosi Caga Tió. Ja na polski tłumaczę to “pniaczek-sraczek”, i przepraszam, że to określenie jest takie dosadne, ale naprawdę po hiszpańsku cagar to nasze, mało eleganckie “srać”. A dlaczego pniaczek? Bo to faktycznie jest kawałek pnia, z katalońską tradycyjną czapką (la barretina), narysowanym uśmiechem i oczkami, którego ustawia się na początku grudnia pod choinką. Dzieci tego pniaczka regularnie dokarmiają, okrywają kocykiem, podsuwają mleko i ciasteczka. Jeśli rodzice są pomysłowi, to Caga Tió może nawet do Świąt przytyć, urosnąć od tego dokarmiania (tj. tata podmienia pniaczka na coraz większy egzemplarz). I co się potem dzieje? W wigilijny wieczór małe dzieci biorą w ręce kijek i… zaczynają biednego pniaczka okładać, żeby, ekhm, jakby tu ładnie powiedzieć, “wydalił” prezenty. I to wszystko w rytm starej, katalońskiej pieśni.

Niewiarygodne. Ale prawdziwe. Jeśli mi nie wierzycie, odsyłam do Wikipedii, gdzie właśnie przeczytałam, że na Caga Tió można też mówić w bardziej elegancki sposób Tió de Nadal – ale serio, jeszcze tego nie słyszałam z ust żadnego Katalończyka. To chyba taka podręcznikowa nazwa…

A to jeszcze nie wszystko, Katalończycy wymyślili jeszcze taką postać jak el caganer. Tak, źródłosłów podobny. To z kolei jest jedna z ważnych postaci w katalońskiej szopce (el pesebre). W centrum uwagi oczywiście jest Jezusek, Maryja, Józef, gdzieś niedaleko aniołki, pastuszkowie. Ale wzrok każdego Katalończyka od razu zaczyna szukać bohatera drugiego planu. Gdzieś schowany za krzakiem na pewno siedzi el caganer, czyli ładnie mówiąc “osoba ze spuszczonymi majtkami, w trakcie załatwiania potrzeby fizjologicznej”. A wypatrzenie go przynosi szczęście, więc wszyscy wytrwale szukają. Tak na marginesie – furorę robią sprzedawane na straganach figurki przedstawiające znanych sportowców i polityków jako caganers. Wpiszcie w Googla i od razu wyskoczą. Hm, poczucie humoru akurat mamy podobne…

PS. Tutaj anegdota. Wybraliśmy się obejrzeć el pesebre viviente – czyli żywą szopkę, w skali 1:1, z prawdziwymi budynkami, aktorami, zwierzętami (kolejna tradycja). Michael, nasz szwagier z USA, z niewinnym uśmiechem pyta: “Skoro wszystko na żywo, to caganer też będzie?” ;)

tumblr_mykp04gOJj1s2fh8ro1_1280

Niemożliwie długi wyszedł ten mój wpis świąteczny, a napisałam tylko o małej części katalońskich i hiszpańskich zwyczajów. Odbiegłam dość daleko od biżuteryjnych tematów, ale El Masnou, Barcelona, Katalonia – mówiąc szerzej, to tak ważna część mojego życia, że chciałabym się nią z Wami podzielić. Szczególnie, że rzadko ma się okazje poznać inną kulturę z tak bliska, tak bardzo “od wewnątrz”, jak właśnie w czasie rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia.

Jeśli obserwujecie mnie na Instagramie lub Tumblrze, to na bieżąco widzieliście zdjęcia, które codziennie wrzucałam. Słoneczko, morze i dobre jedzenie. Barcelona to idealne miejsce do naładowania baterii. Wygrzewałam się w słońcu jak jaszczurka i cieszyłam z każdego dnia spędzonego z rodziną. Nawet jak już nie mogłam patrzeć na karty (oni nigdy nie mają dość!!!).

Ściskam Was (tych, którzy doczytali do końca – respect! ),

tumblr_myxfu9uTCs1s2fh8ro1_1280

I was wearing:
naszyjnik DECO / bransoletki NATURAL STONES i CONCEPT / łańcuszkowa bransoletka z zawieszkami GLAMROCK

Misja: Boże Narodzenie 2013

aniakruk_kruk_prezent_bizuteria_gwiazdka

aniakruk_kruk_prezent_bizuteria_gwiazdka

Odliczamy. 20 grudnia, czyli 4 dni do Świąt. APOGEUM gorączki świątecznej!

Dla nas to najbardziej pracowity czas w roku. Wiecie, że spośród najpopularniejszych prezentów kupowanych na gwiazdkę, biżuteria znajduje się w TOP 3 ? Najchętniej kupujemy na prezenty: książki, kosmetyki oraz biżuterię. Zastanawiałam się dlaczego – i chyba wiem. Biżuteria wyraża nasze emocje, górnolotnie mówiąc: jest pięknem uwolnionym od funkcji, użyteczności, praktycznego wymiaru. Biżuterię kupujemy, żeby sprawić komuś przyjemność (albo sobie), wyrazić nasze uczucia. Jest spełnieniem marzenia, kaprysu, zachcianki – a nie potrzeby. I za to ją tak cenimy. Biżuteria ma sprawić, żeby życie było piękniejsze, żebyśmy MY były piękniejsze :) Dlatego jest tak wyjątkowym prezentem, bo wszyscy wiedzą, że przyjemniej dostać coś pięknego niż coś praktycznego!

Pamiętam jak mój tata kiedyś podarował mojej mamie na gwiazdkę komplet garnków (zdarzyło się raz, i już nigdy więcej nie popełnił tego błędu…). Ok, niby fajnie, bo praktycznie, ale kto chce dostać garnki na gwiazdkę?! Wyobraźcie sobie, z jednej strony garnki, nawet te najlepsze, z tysiącem super powłok, nieprzywierające, które w ogóle może jeszcze same gotują. Z drugiej strony naszyjnik, pięknie zapakowany, w błyszczącej różowej torebeczce ustawiony pod choinką. Macie jeszcze wątpliwości co sprawi więcej radości??? ;)

Kocham moją pracę właśnie za to, że mam przywilej tworzyć rzeczy, które spełniają marzenia i przynoszą ludziom tyle radości. To naprawdę super uczucie, szczególnie teraz na Gwiazdkę. Ostatnio spotkałam się z koleżanką na kawę w poznańskim “Ptasim Radiu”, i przez przypadek byłam świadkiem jak dwie dziewczyny dostały w prezencie biżu w naszej torebeczce. Nie mogłam dojrzeć, która to kolekcja, ale widziałam jak się cieszą, jak zadowolone i dumne stawiają nasze różowe torebeczki na stoliku.

I wtedy wiem, że warto siedzieć w pracy do wieczora, zarywać nocki i pracować w weekendy.
Dla Was! ♥

PS. Wy też się robicie tacy sentymentalni, gdy przychodzą Święta? Nic tylko obejrzeć po raz setny “Love actually”… ;)

Fashion Weekend

tumblr_mv0dv9Hiio1s2fh8ro1_1280

Ostatnimi czasy mam wrażenie, że słowa “wolny weekend” zniknęły z mojego słownika. Naprawdę dużo się dzieje, a ostatni weekend pobił wszelkie rekordy – równocześnie odbyły się trzy ważne wydarzenia: Fashion Week i Design Festival w Łodzi oraz Art and Fashion Festival w poznańskim Starym Browarze. Człowiek się niestety nie rozdwoi – więc trzeba wybrać. I dobrze zaplanować czas: przejazdy, dojazdy; wykłady, których chce się posłuchać, pokazy, których nie można ominąć. Co za dylemat dla środowiska modowego w Polsce. Gdzie jechać? W efekcie cały instagram zaroił się od zdjęć: ci w drodze, tamci już dotarli. Ci zostają w Łodzi, tamci pojechali jednak do Poznania. Co z piątkiem, przecież w piątek jest Jemioł! Nie będziesz na Jemiole? No tak, ale za to w Poznaniu impreza KMAGa… ;) Też miałam wrzucić na instagrama fotkę z autostrady, ale gdy wyjeżdzałyśmy z Poznania nie było juz takiej malowniczej mgły, więc zrezygnowałam. Jak już coś robić, to porządnie, prawda?

Ok, do konkretów. Program był napięty: piątek po pracy – AFF, Poznań; sobota rano samochodem do Łodzi na FW, i o północy znów do Poznania, żeby w niedzielę od rana uczestniczyć w wykładadach w ramach Open University na AFF. Z obu imprez KMAGa zrezygnowałam, i tej piątkowej w Poznaniu, i tej sobotniej w Łodzi. Możliwe, że przegapiłam to, co najważniejsze – tak by wynikało z wielu rozmów ;) No nic, w efekcie nie pokażę Wam słit fotek z imprezy, ale co zrobić – wybrałam sen. Za to żal mi bardzo, że w tym roku nie dotarłam na łódzki Design Festival – oprócz oczywistych powodów ( że tak powiem: merytorycznych), mam osobiście ogromny sentyment do tego wydarzenia. W 2011 moja praca dyplomowa, projekt 100years(of)pl został finalistą konkursu MAKE ME! (główny konkurs festiwalowy dla młodych projektantów), co uważam za ogromne wyróżnienie.

Wrażenia z Łodzi? Może to trochę świętokradcze podejście, ale z mojej perspektywy (a tak jak pisałam w poprzednim poście, staram się nie wypuszczać na niebezpieczne rewiry krytyki mody), Fashion Week to w dużej części impreza towarzyska, gdzie spotykam ludzi z branży, z którymi regularnie współpracuję na polu zawodowym. Często głównie znamy się z maili – i jest to fajny moment, żeby poznać się osobiście, porozmawiać. Jak zwykle, ciekawym dla mnie punktem jest showroom: stoiska projektantów, gdzie mozna znaleźć prawdziwe skarby: ubrania, jak również biżuterię. W tym roku (co było z resztą szeroko komentowane na różnych portalach i blogach), niestety było dość monotematycznie: wiele stoisk zalała fala szarego dresu, który sam w sobie jest fajny, ale w takiej ilości staje się dość monotonny… Pokazy – wybrałam sobotę, ponieważ program był mocny: Michał Szulc, Nenukko, Natalia Jaroszewska, Dawid Tomaszewski oraz MMC Studio (na fotce powyżej właśnie MMC). Trudno mi oceniać ich kolekcje, bo moje opinie są bardzo subiektywne: podoba mi się lub nie. Podobał mi się Michał Szulc, podobał mi się Dawid Tomaszewski. Subiektywnie. Bez analizy konstrukcji ubrań, tkanin i ukrytych znaczeń. Po te odsyłam do innych blogów (patrz lista po prawej). Bardzo podobała mi się, jak co roku, muzyka na pokazach. Nie wiem gdzie znajdują te kawałki, ale naprawdę co roku jest po prostu POWER. Cyklicznie już któryś z projektantów stawia na muzykę live – w zeszłym sezonie wspomniany wcześniej Łukasz Jemioł zaprosił wspaniałą Rebekę (z Poznania, a co!), w tej edycji zaszalało Studio MMC: na ich pokazie grał zespół BE.MY. Głos znajomy, brzmienie również… BINGO! Be.my kiedys grało w polsatowskim MUST BE THE MUSIC – a ja to pamiętam bardzo dobrze, bo ich piosenka “Islands” szalenie mi się spodobała. Ha! i juz miałam materiał, żeby zabłysnąć w luźnej konwersacji po pokazie ;)

Bo powiem Wam szczerze: po pokazach jak ognia unikam pytań o moje wrażenia. Udawało mi się przez cały dzień, a tu na koniec, po całym dniu pokazów, zostaję złapana w pułapkę, postawiona pod murem. Niby proste pytanie: “No ale który pokaz podobał Ci się najbardziej?” – a jakie podchwytliwe, w kontekście Fashion Weeka, największej imprezy modowej w Polsce, w gronie tych wszystkich ekspertów, bywalców, pasjonatów. Biorę głęboki oddech i odpowiadam: “Schleswig-Holstein”

Za to nie boję się wypowiedzieć na temat niedzielnych wykładów na Art&Fashion Festival. Tu jestem na swoim gruncie. Lubię się uczyć, lubię wykłady, kursy, warsztaty, festiwale – to jest moja bajka. Więc wleciałam do Słodowni z kubkiem starbucksowej kawy w dłoni, bez śniadania (dojechałyśmy do Poznania o 3 w nocy). Pierwszy wykład: “Inditex: creating value beyond profits” Jesus Echevarria. Myślę, że zostało już na ziemi niewiele osób, którym trzeba by wyjaśniać, że Inditex = Zara. Hiszpańskie imperium: 6 000 sklepów na całym świecie, w tym 1 770 pod marką “Zara”. Dla porównania, szwedzka grupa H&M oraz amerykański GAP posiadają każdy ok. 3 000 sklepów różnych marek. Hasło przewodnie wszystkich wykładów to “Fashion Industry” – i to jest właśnie dla mnie interesujące. Spojrzeć na modę nie od strony artystycznej, ale właśnie jako na przemysł, biznes. Jak to jest zorganizowane, na jakich strukturach się opiera? Ilu projektantów pracuje dla Zary? W jakim tempie muszą pracować, żeby do sklepów tak szybko i sprawnie trafiały nowe kolekcje? Oczywiście Jesus nie zdradził żadnych tajnych sekretów biznesowych, większość z informacji, które nam zaprezentował jest powszechnie dostępna. Powiem więcej: sporo było w jego wystąpieniu korpo-marketingu, co w jakiś sposób uważam za naturalne. Tacy giganci jak Zara, w czasach kiedy zdarzają się takie katastrofy, jak zawalenie się kompleksu Rana Plaza w Bangladeszu (kwiecień 2013), muszą przy każdej okazji starać się pokazać odbiorcom od drugiej strony, zakomunikować wyraźnie: prowadzimy wiele akcji charytatywnych na całym świecie. I dobrze. “With great power comes great responsability”, jak to mawiał Spider-man.

Ciekawszą częścią spotkania okazały się dla mnie pytania (i odpowiedzi rzecz jasna), które padły po prezentacji. Mniej frazesów, więcej treści. Ogólnie wykład oceniam na plus – słuchając Jesusa, zaczęłam analizować pewne mechanizmy, a później szukać w internecie dodatkowych raportów i case study, czytać, wynotowywać przydatne dla mnie informacje. MYŚLEĆ. I o to chodzi.

Potem, moi drodzy, nastapił mój mały lunch break, czyli z ciężkim sercem urwałam się z jednego z wykładów, żeby coś zjeść (ostatni mój posiłek był datowany na godzinę 1:00 na trasie Łódź-Poznań) oraz oczywiście zwiedzić stoiska HUSH WARSAW, które rozłożyły się pod czujnym okiem Mitoraja. HUSH to super pomysł super dziewczyn z Warszawy, które miałam przyjemność przy okazji piątkowej gali poznać. Gromadzą ciekawych projektantów, umożliwiając im promocję i dotarcie do szerokiego grona odbiorców na cyklicznie organizowanych przez HUSH eventach. Również w Poznaniu – mimo mylącej nazwy ;)

Kolejne wykłady Open University to kolejno: “Shanzhai Biennial: Culture and Commerce in Late Capitalism” / Babak Radboy & Avena Venus Gallagher oraz “Alexander McQueen: Savage Beauty” / Andrew Bolton. Ponieważ mój tekst już się robi nieznośnie długi (ha! teraz macie posmak tego, jak intensywny był ten weekend), na koniec tylko parę słów o ostatnim wykładzie. Był NIE-SA-MO-WI-TY. Postać Alexandra McQueen’a, jego tragiczna śmierć, jego kolekcje, pokazy – no właśnie, przede wszystkim pokazy! Wystawa w nowojorskim Metropolitan Museum of Art, której kuratorem był Andrew Bolton. Wszystko to niepokojące, magiczne, przeszywające. Moje wrażenie jest takie, że McQueen był bardziej reżyserem teatralnym, który tworzy do swoich wizji kostiumy, niż projektantem mody, w klasycznym tego słowa znaczeniu. Zaczynał od wizji pokazu, musiał stworzyć klimat, historię, w której się zanurzał – bez tego nie mógł przejść do projektowania ubrań. To artysta totalny, którego pokazy miały niesamowitą scenografię oraz choreografię. To był teatr i widowisko, czysta magia. Największe wrażenie zrobiły na mnie właśnie nagrania pokazów pokazane przez Boltona – każdy inny, każdy zupełnie wyjątkowy. Jedyna rzecz do której mogę je porównać, jeśli chodzi o klimat, to najlepsze ze spektakli Cirque du soleil, które widziałam w Barcelonie. To chyba dość nietypowe, porównywać projektanta mody do przedstawień cyrkowych, ale tak jak Cirque du soleil nie jest zwykłym cyrkiem, tak Alexander McQueen wychodził daleko poza ramy tego, co rozumiemy jako “projektowanie mody”.

A teraz zostawiam Was ze zdjęciem z wykładu na koniec i wyłączam komputer. Znów miałam pracowity weekend, ale to już zupełnie inna historia. Odliczam dni do 1.11 – wtedy nareszcie się wyśpię.

Dobranoc!

Barcelona, amor meu

dancing

Żeby nie było, że jak jestem na wakacjach to tylko jem – trochę kultury też było ;) Czasem lubimy zachować się znów jak turyści w Barcelonie, i ustawić się w kolejce pełnej Anglików, Francuzów i tysiąca innych nacji. Spacerujemy po Barcelonecie, zaglądamy co roku do Sagrady Familii (ciągle ją budują, więc za każdym razem widzimy coś nowego). Tym razem byliśmy na koncercie gitarowym na dachu Casa Batlló (jedna z charakterystycznych kamienic na Passeig del Gracia zaprojektowana przez Gaudiego – oblegana przez turystów, za dnia i w nocy! ). Było przepięknie! Sergi Vincente jest prawdziwym mistrzem gitary klasycznej, przy takich utworach jak “Recuerdos de la Alhambra” (Wspomnienia z Alhambry) naprawdę miałam dreszcze. Do tego pojawili się tancerze flamenco, zaczęli tupać, grać na kastanietach. Kieliszek szampana w dłoni, muzyka i rozgwieżdżone niebo nad Barceloną – żyć nie umierać!

Ok, flamenco może nie było tak do końca katalońskie, ale druga rzecz, o której chcę Wam opowiedzieć jest w 100% CATALANA. W piątek pojechaliśmy na wycieczkę do Vilafranca, miasteczka na południe od Barcelony, które słynie ze swoich Castellers. Castellers – czyli ludzi, którzy budują Castells: zamki, wieże ludzkie, których tradycja sięga XVIII wieku. Znalazłam nawet całkiem rozbudowany wpis na Wikipedii: tutaj możecie sobie przeczytać więcej o Castellers de Vilafranca.

Przyjechaliśmy sobie spokojnie koło południa, rodzinna wycieczka na pełnym luzie. Wiedzieliśmy, że będzie turniej i pokazy Castellers – ale w życiu nie spodziewałam się takiego tłumu! Koło 13,14 zaczęło się schodzić takie mnóstwo ludzi, że staliśmy ramię przy ramieniu, ściśnięci jak sardynki. Zrobiłam screenshota, żeby Wam pokazać: ten kapelusz po prawej to ja. Tak na 80% ;)

Załączam cały film. Ta Pani w czerwonym wepchnęła się kulturalnie z całą ekipa obok mnie, więc perspektywa mniej więcej podobna. My też kręciliśmy, ale nie mamy takich superowych ujęć z lotu ptaka – dlatego filmik z TV3 wygrał w konkurencji z nasza skromna produkcją… To był mega emocjonujący moment, ponieważ akurat ten zespół nigdy nie ustawił jescze takiego wysokiego zamku (10 pięter) – a więc pobili swój rekord, i cała publiczność cieszyła się razem z nimi. Ja też się cieszyłam, krzyczałam i klaskałam – mimo, że na początku nie wiedziałam o co chodzi. Ale trzeba tam być, żeby poczuć te emocje, kiedy wspinają się na górę, budują kolejne piętra, krzyczą, chwieją się – a jednak wytrzymują. To jest niesamowite: widzieć twarz faceta, na którego barkach stoi 8 pięter ludzi (bo tych na samym dole w ogóle nie widać…). W ogóle cała idea Castellers jest piękna: współpraca, tworzenie konstrukcji, gdzie każdy element jest ważny, gdzie każdy ma do spełnienia swoją rolę, każdy jest potrzebny: duży i mały, stary i młody, gruby i chudy.

A tak wygląda to od dołu. Prawda, że dopiero teraz czuć tę wysokość? Te dzieciaki, które wdrapują się na samą górę muszą być naprawdę dzielne!

PS. Publikuję ten wpis dziś, ponieważ nie mogłabym znaleźć odpowiedniejszej daty: 11 września to tzw. Diada – katalońskie święto narodowe, które upamiętnia dzień, w którym Katalonia straciła swoją niepodległość. Dziś mija 299 lat od tego wydarzenia, ale kultura, język i poczucie odrębności narodowej są nadal tak silne, że ciągle mówi się (i marzy) o niepodległej Katalonii. Dziś wszyscy wywieszą katalońskie flagi (chociaż w sumie flagi wiszą zawsze), zaśpiewają swój hymn. Powstanie również inny rodzaj ludzkiej konstrukcji – setki tysięce osób chwycą się za ręcę i dokładnie o 17:14 (na pamiątkę 1714 roku) stworzą Via Catalana – ludzki łańcuch ciągnący się od Vinaros na południu po La Jonquera na północy. 400 kilometrów ludzi zjednoczonych wspólną ideą i miłością do Katalonii.

My dziś z okazji Diady wywiesiliśmy katalońską flagę na naszym poznańskim balkonie. Catalunya, t’anyoro!

Barcelona: sea + food

Barcelona to moje ukochane miejsce na ziemi (zaraz za Poznaniem. Mhmmm, lub może na równi? ;) ). Przez parę lat mieszkałam, studiowałam i pracowałam w tym pięknym mieście, a teraz wracam tam regularnie, parę razy do roku – odwiedzając rodzinę mojego narzeczonego. Ale myślę, że nawet jakbyśmy nie mieli tam nikogo – też bym wracała. Barcelona to idealna mieszanka kultury, pięknej architektury, designu, morza i pysznego jedzenia (nie wspominając o piłce nożnej…). Teraz, kiedy nie mamy juz tego na codzień, tym bardziej to doceniam. Więc nawet krótki weekend wykorzystujemy na maxa: planując wycieczki, obiady rodzinne, spotkania z przyjaciółmi i obowiązkowo wypad łódką z kuzynami Toniego, którzy są zapalonymi żeglarzami. Tym razem płynęliśmy na relaksie, nie żadne regaty, tylko słońce, kąpiel w morzu (jak się odpłynie trochę od brzegu to woda robi się tak niebieska, że już bardziej chyba się nie da) i totalny chill. Mieliśmy nawet pieska na pokładzie. Espi miała swój własny kapok, w którym wyglądała przekomicznie… ;)


Barcelona to owoce morza i ryby – pyyyyyszne! Na wielkiej “mariscadzie”, którą urządzilismy sobie w sobotę, na stole pojawiło się tyle rodzajów owoców morza, że z reką na sercu, ZUPEŁNIE nie wiem jak się nazywają po polsku. Ani po angielsku. A szczerze mówiąc, myślę, że niektóre się w ogóle nie nazywają… To trochę tak jak z Eskimosami: mają kilkanaście określeń na różne odcienie śniegu, podczas gdy dla nas śnieg jest po prostu biały. Więc na zdjęciach widzicie (po hiszpańsku): almejas, chirlas (to te małe muszelki), mejillones (po polsku: małże lub mule), cigalitas (to jakby krewetki, ale z pancerzem jak mały homar), gambas (krewetki – te na grillu), espardenyas – to te białe rzeczy na grillu, obok krewetek (whoa, znalazłam na Wikipedii! to się nazywa… TREPANG KRÓLEWSKI. – Padłam.), caracoles del mar (ślimaki morskie), i ostatnie: navajas (czyli te podłużne małże, które też zrobilismy sobie na grillu). Ale było tylko 5 sztuk i prawie wszystkie zjadła siostra Toniego. Buuu!

Podobno jeden z ostatnich trendów to tzw. foodporn – nałogowe robienie zdjęć jedzenia, i chwalenie się tym za pomocą różnych mediów społecznościowych. Kurcze, chyba wpisuje się w ten nurt w 100%. Kocham jeść! A rybki i owoce morza najbardziej :) Mam dla Was jeszcze inne zdjęcia i historie do opowiedzenia, które bardziej pokazują kulturę Katalonii (coś dla ducha, nie tylko dla ciała) – ale już dziś nie zdążę wrzucić :/ Praca mnie goni (jak to po urlopie, nawet jak się wyskoczy tylko na przedłużony weekend…), więc obiecuję nastepny hiszpański post pod koniec tygodnia!

A tymczasem już ostatnie zdjęcie jedzeniowe (ale widać też bransoletki, więc kwalifikuje się na firmowe!):

In Barcelona I was wearing: delikatna bransoletka z hematytem, srebro pokryte złotem LITTLE TREASURES / bransoletki z kamieniami pół-szlachetnymi z kolekcji LUCKY STONES / złota branso z kolekcji HEBE.

W kontakcie!

Irlandia: Instagram Mix

WAKACJE – magiczne słowo. Upragnione, wyczekane :) Każdy spędza je tak, jak lubi – a my lubimy jeździć, zwiedzać, oglądać nowe miejsca i poznawać nowych ludzi. Nie nadaję się do leżenia plackiem na plaży – po godzinie już mi gorąco i nudno. Nawet jak mieszkałam nad samą plażą w Barcelonie, to bywałam tam tylko… popołudniami. Czytanie książki w popołudniowym słońcu, lub przesiadywanie wieczorami ze znajomymi w lokalnym chiringuito – to jest to! Dlatego lubimy wybierać czasem mniej oczywiste cele podróży, takie jak tym razem: Irlandia. Pierwsza reakcja otoczenia: Aaaa, do pracy jedziecie? Nieeee, na wakacje. Do Irlandii?!?! ;)

A tak. Więc: kierunek północ (no, północny-zachód), bilet Ryanaira w kieszeni i nasz cel: Zielona Wyspa.

Jeśli śledzicie mnie na Instagramie, to już te zdjęcia widzieliście: starałam się wrzucać na bieżąco, mimo dość sporadycznego dostępu do internetu. Więc jest i moje pierwsze zetknięcie z Atlantykiem (po tej stronie globu), jest niesamowity Giant’s Causeway (to te skały, co wyglądają jak płytki z pozbruku – a są w 100% wytworem natury!), jest wiejski cottage w górach, gdzie zatrzymaliśmy się po drodze, no i wybrzeże – to co najładniejsze. Spaliśmy u różnych fajnych ludzi – tzw. “kwatery prywatne” ;) Tak jest taniej, a poza tym, co najważniejsze: zupełnie inaczej odbiera się otoczenie, jeśli opowiada Ci o nim lokalny mieszkaniec – poleci miejsca, opowie jak się żyje. A w Belfaście mamy przyjaciół, więc tam to już w ogóle czuliśmy się jak w domu :)

Żeby nie było, że cały czas prywata – zrobię też wtręt firmowy, i powiem, że zabrałam w podróż naszą biżu, coby ładne zdjęcia w kontekście irlandzim zrobić. U góry po prawej kontekst irlandzki występuje w formie dolmena (a bransoletki mam te: link!), niżej po lewej w formie ruin zamku (link do bransoletek). Takie ruiny, to tam mają na każdym rogu.

Na koniec jeszcze ja się szczerzę do aparatu (w aucie – bo jak ROADTRIP to ROADTRIP), a na dole mapka Irlandii z zaznaczoną trasą. Został nam jeszcze caaaały północny-zachód do obejrzenia, ale to następnym razem. Ryanair nigdzie nie zniknie. Ok, ja wracam do pracy wypoczęta po urlopie (chociaż chowam jeszcze jeden wyjazd weekendowy na zapas), a Wy jeśli macie jakieś pytania i wybieracie się do Irlandii – śmiało piszcie! :)

Miłych wakacji Wam również życzę!

PS. Mimo najszczerszych wysiłków Philla, który przyrządził nam prawdziwe, wielkie irlandzkie śniadanie (thank you!!!) – jedzenia w Irlandii NIE POLECAM… ;)

Rzeczy: lipiec

Lipcowe rzeczy to przede wszystkim The Newsroom – wciągnęłam się i obejrzałam cały sezon. Teraz tydzień po tygodniu czekam na odcinki drugiego sezonu, który właśnie jest emitowany w USA (i z pewnym opóźnieniem, również u nas w Polsce). Świat wielkiej telewizji i wiadomości. Od znajomych dziennikarzy słyszałam, że nie odbiega tak bardzo od rzeczywistości – jak to się nagminnie zdarza w naszych serialach… Pamiętam, jak moja przyjaciółka prawniczka nie mogła się nadziwić jak się pracuje w Magdzie M. ;) Podobno z “The Newsroom” jest inaczej. Na skalę nowojorską, oczywiście. Kolegia redaktorskie, adrenalina, litry wypitej kawy, a do tego Jeff Daniels w roli medialnej gwiazdy o ciętej ripoście.

Dla mnie ten serial jest ciekawy, bo porusza problem wiarygodności mediów. Dramatyzowanie wydarzeń, żeby przyciągnąć uwagę publiczności, polityczna poprawność doprowadzona do absurdu. Plus duża dawka wiedzy o świecie i polityce (z punktu widzenia USA). Człowiek zaczyna się zastanawiać nad informacjami, które docierają do niego: jak są przedstawianie, i czy sposób ich przedstawienia wpływa na ich odbiór? Parę lat temu, gdy mieszkałam w Barcelonie, odbyły się tam manifestacje związane z ruchem Indignados. Moja mama zadzwoniła do mnie cała w nerwach: “Aniu, wszystko ok? Nic Ci się nie stało?” – a ja zupełnie nie wiedziałam o co chodzi. Okazało się, że w polskich wiadomościach pokazano wielkie zamieszki, walki, ogień i krew – a w rzeczywistości tylko na jednej ulicy było zamieszanie i wandale podpalili jeden kontener. Kilometry od mojego domu.

Ale ok, już kończę z poważnymi tematami. Jeśli chodzi o książki – w lipcu połknęłam parę wakacyjnych kryminałów :) W Wysokich Obcasach przeczytałam wywiad z Sarą Blædel i od razu dałam się złapać. Przy pierwszej okazji kupiłam “Handlarza Śmiercią”, potem tom drugi, i trzeci… W klimacie te historie przypominają trylogię “Millenium” Stiega Larssona – skandynawia, lekko ponury nastrój. Tylko, że tutaj kręci się więcej policji, u Larssona jest śledztwo dziennikarskie i niezapomniana Lisbeth Salander. Ale Blædel też daje radę!

Lipiec upłynął mi też pod znakiem wyprawy na targ staroci do Belina i odnawiania mebli – ale coś czuję, że to niekończąca się historia i tak szybko nie doczekam się efektów… ;)

Pozdrowienia!

Fashion Week 2013

Kwiecień i znów Fashion Philosophy w Łodzi! :) Tym razem moglismy wpaść tylko na jeden dzień – ale było warto. Oprócz pokazów na Designers Avenue takich marek jak Tomaotomo, Ptaszek, Łukasz Jemioł Basics (na którym zagrał live mój ulubiony duet z Poznania – Rebeka! ♥ ) bardzo ciekawe były OFF’y, czyli pokazy młodych projektantów. Pojawiła się też nasza biżu: Monika Gromadzińska do swoich projektów dobrała nasze białe i czarne bransoletki Modern.


Tutaj recenzja pokazu napisana przez Elle (i z niej również podlinkowałam Wam zdjęcia), a tutaj link do profilu Moniki na FB. Piszcie jak Wam się podoba :)

A to ja, w drodze powrotnej. W samochodzie dzieci się nudzą… ;)
Na szyi mam: Bandoleras (link) + moje ukochane Pixelki (link).

Pixel

Oficjalna prezentacja w mediach: oto Pixel I. Piszę “pierwszy”, bo ich będzie więcej, cała inwazja pikselków. Ale drugiego takiego jak ten, to już chyba nie. Ten Pixel, to jest limited edition, stwór dla mnie zupełnie wyjątkowy. Pixel I jest zagraniczniakiem, urodził się w małym warsztacie złotniczym prowadzonym przez Jaime Diaz w Barcelonie. I od A do Z został zrobiony przeze mnie “tymi ręcami”, które teraz stukają w klawiaturę.

Pixel powstał nie z prochu co prawda, ale z granulatu. Więc najpierw był granulat srebra i granulat miedzi, który trzeba było wymieszać w odpowiednich proporcjach, potem przetopić w tygielku i wylać w bryłkę. Bryłkę trzeba rozwalcować, uformować odpowiednio kręcąc wielkimi korbami na starych maszynach, zanim zacznie się cała zabawa z piłowaniem i szlifowaniem. Skórę z palców zdarłam nie raz ;)

Najpierw powstał srebrny Pixel, który posłużył jako wzór do odlania klikunastu mosiężnych pikselków, na naszyjniki, bransoletki, kolczyki. Tak jak mówiłam: limited edition. A dla mnie zaklinacz szczęścia i pamiatka z małego warsztatu w Barcelonie i fajnego czasu jaki tam spędziłam, piłując, szlifując i zdzierając skórę z palców.

Też chcecie pikselka? Zajrzyjcie tutaj.

summer memories / backstage story

Często w wywiadach z Wielkimi Reżyserami pada pytanie: skąd wziął się pomysł na ten Wielki Film? Nie wiem czy zauważyliście, ale najczęściej odpowiedź brzmi: “wiesz, siedziałem sobie z Martinem (Clintem, Stevenem, …) i tak sobie gadaliśmy i przyszło nam do głowy, żeby…” No właśnie. Nigdy nie można przecenić gadania z przyjaciółmi. Tak rodzą się Wielkie Pomysły. Nie wiem czy nasz film kwalifikuje się na Wielki przez duże W, przecież trwa tylko minutę czterdzieści. Ale na pewno kwalifikuje się na Super Fajny!

A też zaczęło się od gadania. Nosiłam się w głowie z pomysłem już jakiś czas, zbierałam linki, przekopywałam youtuba w poszukiwaniu inspiracji. Słowem, potrzebowałam tylko ostatniego impulsu, żeby zacząć planować i działać. Impuls pojawił się na mojej drodze, któregoś wieczoru w poznańskim barze Dragon, w postaci Macieja Twardowskiego. Zaczęliśmy myśleć, gadać, umawiać się na kręcenie. No ale muzyka, trzeba zacząć od muzyki, przecież to buduje cały klimat! Ktoś mówi: “A wiesz, mam kumpla takiego, co gra na ukulele i śpiewa, takie fajne granie leniwe. To Reuben, Anglik z Barcelony, chwilowo mieszkający w Polsce.”

I jak w każdej dobrej historii, następuje nieprawdopodobny zbieg okoliczności czyli deus ex machina, i jako ów deux do baru Dragon 15 minut później wchodzi Reuben. Bez machiny, ale za to w kapeluszu. I jest fajnie, bo Reuben jest na tak, Maciej jest na tak, pomysłów mamy sto, budżetu prawie zero, ale za to genialną miejscówkę do wykorzystania jaką jest Barcelona. W Barcelonie mieszkałam przez parę lat, więc mamy się gdzie zatrzymać, znamy fajne miejsca, uliczki, kawiarnie. Nic tylko spakować biżu do torby i jechać. Julita, Maciej i ja.

Kręcimy rano, kręcimy wieczorem. W przerwach jemy tapasy, montujemy materiał, wymyślamy nowe sceny. Biegamy, szukamy. Czasem w trójkę, czasem w czwórkę, razem z Tonim, który w finałowej scenie zagrał oskarową rolę rozmazanej plamy.

Szokujących zdjęć z planu nie pokażę, bo ani dragów ani nawet rockandrolla za bardzo nie było. Było co prawda hiszpańskie wino czerwone do tapasów, a jego bezpośrednim efektem jest pomysł na kolektyw artystyczny pigs don’t have hands. Ale dlaczego pigs i dlaczego don’t have hands to już zupełnie inna historia, na innego bloga.

Friends4life, czyli nasza własna super-top-modelka Juli et moi. Maciej chowa się za kamerą, więc z całego backstage’u pokażę wam tylko nas dwie. Wystarczy wam? To drugi dzień zdjęć jest, a my się śmiejemy, bo fajnie jest!

Offf Festival, Barcelona 2012

OFFF, Let’s feed the future! / Offf Barcelona 2012, 17-18-19.05.2012 DHUB.

Szczerze mówiąc, idąc na festiwal nie byłam do końca pewna czego się spodziewać. Największy festiwal designu w Barcelonie – ok. Pierwszy event w nowo wybudowanym centrum-muzeum designu DHUB (Disseny Hub Barcelona) – ok. Trzy pełne dni, od 10 do 22 (oczywiście z przerwą na siestę), konferencji, wykładów, pokazów i warsztatów – fajnie, ale właściwie na jaki temat? Offfy organizowane są juz od ponad 10 lat, w Nowym Jorku, Paryżu, Lizbonie i właśnie Barcelonie, i ciągle wymykają się jednoznacznej definicji. Bo ile najróżniejszych rzeczy może zmieścić się w pojęciach dizajn, animacja i sztuki audio-wizualne?

Okazuje się, że całkiem sporo. I chyba w tym właśnie tkwi siła Offfu. Zaproszeni goście pokazują projekty z różnych dziedzin: teledyski, ilustracje, komiksy, kroje pisma, aplikacje na iPhone’a. Ale tak naprawdę chodzi o to samo: fajny pomysł i determinację wystarczającą do jego realizacji.

budynek DHUB, Barcelona
budynek DHUB, BarcelonaOfff

Na Offf przyjachało ponad 2 500 osób. Mówię “przyjechało”, ponieważ naprawdę była to bardzo międzynarodowa mieszanka. Hiszpańskiego prawie nie było słychać, ginął między angielskim (wszystkie konferencje w obu salach były prowadzone w tym języku), niemieckim, francuskim i mnóstwem innych języków (w tym polskim!).

Continue reading