Halo, Katowice!

AniaKruk_Katowicka_rgb_4_kwadrat

Wygląda na to, że zadomowiliśmy się w Katowicach na dobre – właśnie otworzylismy tam nasz drugi butik! Pierwszy znajduje się w Silesia City Center, jednej z najruchliwszych galerii handlowych w Polsce. Serio, gdy chciałam zrobić zdjęcia naszego sklepu, klienci cały czas mi wchodzili w kadr! Prawie nie było momentu, żeby sklep był pusty – niesamowite! Nie żebym narzekała – ja się tylko cieszę… :)

19 września nastapiło otwarcie długo oczekiwanej Galerii Katowickiej – i tam również nas można znaleźć!

Jak Wam się podoba nasza nowa witryna? Uciekaliśmy od klasycznej witrynki produktowej jak długo się dało – ale nawyki konsumenckie okazały się silniejsze… Teraz drodzy window shopperzy możecie patrzeć i patrzeć do woli; naradzać się, wybierać wzory, kolekcje i kolory ile czasu chcecie! A ekipa? W Galerii Katowickiej dumnie reprezentują nas: Ola, dwie Agnieszki i Kasia :)

Wygląda na to, że znów, po dwóch latach przerwy, będę miała więcej powodów do odwiedzania Katowic. Dwa lata temu wpadałam tam na warsztaty typograficzne Ala ma pióro na ASP Katowice, które się bardzo dynamicznie rozwija jeśli chodzi o design i projektowanie graficzne. Poznałam tam wielu świetnych ludzi, i to miejsce naprawdę super mi się kojarzy, tak studencko, kreatywnie, twórczo. No, może oprócz tych koszmarnie długich tras pociągiem…

Today I’m wearing: pastels

AK_PASTELS_bransoletki_naszyjniki1_kwadrat



Dzisiaj jest słodko, jasno i pastelowo. Ja jak nie ja: wybrałam tym razem srebrne dodatki, a nie jak zwykle złote. No dobra, gdzieniegdzie wypatrzycie coś złotego, ale jak na mnie: naprawdę niewiele!

Nie wiem czy to zależy tylko od gustu czy jakiegoś metafizycznego przyciągania, ale są osoby ze zdecydowaną preferencją albo do srebra albo do złota. Moja mama nigdy nie założy niczego żółtego (ok, bardzo rzadko), a ja na odwrót: srebro wydaje mi się za zimne. Dziś idę na kompromis, bo i tak na mnie w firmie ciągle krzyczą, że nie mogę projektować pod siebie, ciągle żółte i żółte… I naprawdę, uwierzcie mi, staram się, żeby nasze kolekcje były sprawiedliwie dzielone po połowie!

Ale ok, już nie filozofuję, tylko piszę co z czym dziś zestawiłam.

Today I’m wearing:
naszyjnik BOHO CHIC / bransoletka CREATE / bransoletka BOHO CHIC / bransoletki LUCKY STONES / zegarek NIXON

PS. A Wy bardziej lubicie srebro czy złoto?


Zdjęcia robiła Ewa So w pięknych wnętrzach kawiarni Bagels&Friends. Dziękuję :)

Barcelona, amor meu

dancing

Żeby nie było, że jak jestem na wakacjach to tylko jem – trochę kultury też było ;) Czasem lubimy zachować się znów jak turyści w Barcelonie, i ustawić się w kolejce pełnej Anglików, Francuzów i tysiąca innych nacji. Spacerujemy po Barcelonecie, zaglądamy co roku do Sagrady Familii (ciągle ją budują, więc za każdym razem widzimy coś nowego). Tym razem byliśmy na koncercie gitarowym na dachu Casa Batlló (jedna z charakterystycznych kamienic na Passeig del Gracia zaprojektowana przez Gaudiego – oblegana przez turystów, za dnia i w nocy! ). Było przepięknie! Sergi Vincente jest prawdziwym mistrzem gitary klasycznej, przy takich utworach jak “Recuerdos de la Alhambra” (Wspomnienia z Alhambry) naprawdę miałam dreszcze. Do tego pojawili się tancerze flamenco, zaczęli tupać, grać na kastanietach. Kieliszek szampana w dłoni, muzyka i rozgwieżdżone niebo nad Barceloną – żyć nie umierać!

Ok, flamenco może nie było tak do końca katalońskie, ale druga rzecz, o której chcę Wam opowiedzieć jest w 100% CATALANA. W piątek pojechaliśmy na wycieczkę do Vilafranca, miasteczka na południe od Barcelony, które słynie ze swoich Castellers. Castellers – czyli ludzi, którzy budują Castells: zamki, wieże ludzkie, których tradycja sięga XVIII wieku. Znalazłam nawet całkiem rozbudowany wpis na Wikipedii: tutaj możecie sobie przeczytać więcej o Castellers de Vilafranca.

Przyjechaliśmy sobie spokojnie koło południa, rodzinna wycieczka na pełnym luzie. Wiedzieliśmy, że będzie turniej i pokazy Castellers – ale w życiu nie spodziewałam się takiego tłumu! Koło 13,14 zaczęło się schodzić takie mnóstwo ludzi, że staliśmy ramię przy ramieniu, ściśnięci jak sardynki. Zrobiłam screenshota, żeby Wam pokazać: ten kapelusz po prawej to ja. Tak na 80% ;)

Załączam cały film. Ta Pani w czerwonym wepchnęła się kulturalnie z całą ekipa obok mnie, więc perspektywa mniej więcej podobna. My też kręciliśmy, ale nie mamy takich superowych ujęć z lotu ptaka – dlatego filmik z TV3 wygrał w konkurencji z nasza skromna produkcją… To był mega emocjonujący moment, ponieważ akurat ten zespół nigdy nie ustawił jescze takiego wysokiego zamku (10 pięter) – a więc pobili swój rekord, i cała publiczność cieszyła się razem z nimi. Ja też się cieszyłam, krzyczałam i klaskałam – mimo, że na początku nie wiedziałam o co chodzi. Ale trzeba tam być, żeby poczuć te emocje, kiedy wspinają się na górę, budują kolejne piętra, krzyczą, chwieją się – a jednak wytrzymują. To jest niesamowite: widzieć twarz faceta, na którego barkach stoi 8 pięter ludzi (bo tych na samym dole w ogóle nie widać…). W ogóle cała idea Castellers jest piękna: współpraca, tworzenie konstrukcji, gdzie każdy element jest ważny, gdzie każdy ma do spełnienia swoją rolę, każdy jest potrzebny: duży i mały, stary i młody, gruby i chudy.

A tak wygląda to od dołu. Prawda, że dopiero teraz czuć tę wysokość? Te dzieciaki, które wdrapują się na samą górę muszą być naprawdę dzielne!

PS. Publikuję ten wpis dziś, ponieważ nie mogłabym znaleźć odpowiedniejszej daty: 11 września to tzw. Diada – katalońskie święto narodowe, które upamiętnia dzień, w którym Katalonia straciła swoją niepodległość. Dziś mija 299 lat od tego wydarzenia, ale kultura, język i poczucie odrębności narodowej są nadal tak silne, że ciągle mówi się (i marzy) o niepodległej Katalonii. Dziś wszyscy wywieszą katalońskie flagi (chociaż w sumie flagi wiszą zawsze), zaśpiewają swój hymn. Powstanie również inny rodzaj ludzkiej konstrukcji – setki tysięce osób chwycą się za ręcę i dokładnie o 17:14 (na pamiątkę 1714 roku) stworzą Via Catalana – ludzki łańcuch ciągnący się od Vinaros na południu po La Jonquera na północy. 400 kilometrów ludzi zjednoczonych wspólną ideą i miłością do Katalonii.

My dziś z okazji Diady wywiesiliśmy katalońską flagę na naszym poznańskim balkonie. Catalunya, t’anyoro!

Barcelona: sea + food

Barcelona to moje ukochane miejsce na ziemi (zaraz za Poznaniem. Mhmmm, lub może na równi? ;) ). Przez parę lat mieszkałam, studiowałam i pracowałam w tym pięknym mieście, a teraz wracam tam regularnie, parę razy do roku – odwiedzając rodzinę mojego narzeczonego. Ale myślę, że nawet jakbyśmy nie mieli tam nikogo – też bym wracała. Barcelona to idealna mieszanka kultury, pięknej architektury, designu, morza i pysznego jedzenia (nie wspominając o piłce nożnej…). Teraz, kiedy nie mamy juz tego na codzień, tym bardziej to doceniam. Więc nawet krótki weekend wykorzystujemy na maxa: planując wycieczki, obiady rodzinne, spotkania z przyjaciółmi i obowiązkowo wypad łódką z kuzynami Toniego, którzy są zapalonymi żeglarzami. Tym razem płynęliśmy na relaksie, nie żadne regaty, tylko słońce, kąpiel w morzu (jak się odpłynie trochę od brzegu to woda robi się tak niebieska, że już bardziej chyba się nie da) i totalny chill. Mieliśmy nawet pieska na pokładzie. Espi miała swój własny kapok, w którym wyglądała przekomicznie… ;)


Barcelona to owoce morza i ryby – pyyyyyszne! Na wielkiej “mariscadzie”, którą urządzilismy sobie w sobotę, na stole pojawiło się tyle rodzajów owoców morza, że z reką na sercu, ZUPEŁNIE nie wiem jak się nazywają po polsku. Ani po angielsku. A szczerze mówiąc, myślę, że niektóre się w ogóle nie nazywają… To trochę tak jak z Eskimosami: mają kilkanaście określeń na różne odcienie śniegu, podczas gdy dla nas śnieg jest po prostu biały. Więc na zdjęciach widzicie (po hiszpańsku): almejas, chirlas (to te małe muszelki), mejillones (po polsku: małże lub mule), cigalitas (to jakby krewetki, ale z pancerzem jak mały homar), gambas (krewetki – te na grillu), espardenyas – to te białe rzeczy na grillu, obok krewetek (whoa, znalazłam na Wikipedii! to się nazywa… TREPANG KRÓLEWSKI. – Padłam.), caracoles del mar (ślimaki morskie), i ostatnie: navajas (czyli te podłużne małże, które też zrobilismy sobie na grillu). Ale było tylko 5 sztuk i prawie wszystkie zjadła siostra Toniego. Buuu!

Podobno jeden z ostatnich trendów to tzw. foodporn – nałogowe robienie zdjęć jedzenia, i chwalenie się tym za pomocą różnych mediów społecznościowych. Kurcze, chyba wpisuje się w ten nurt w 100%. Kocham jeść! A rybki i owoce morza najbardziej :) Mam dla Was jeszcze inne zdjęcia i historie do opowiedzenia, które bardziej pokazują kulturę Katalonii (coś dla ducha, nie tylko dla ciała) – ale już dziś nie zdążę wrzucić :/ Praca mnie goni (jak to po urlopie, nawet jak się wyskoczy tylko na przedłużony weekend…), więc obiecuję nastepny hiszpański post pod koniec tygodnia!

A tymczasem już ostatnie zdjęcie jedzeniowe (ale widać też bransoletki, więc kwalifikuje się na firmowe!):

In Barcelona I was wearing: delikatna bransoletka z hematytem, srebro pokryte złotem LITTLE TREASURES / bransoletki z kamieniami pół-szlachetnymi z kolekcji LUCKY STONES / złota branso z kolekcji HEBE.

W kontakcie!