Barcelona, amor meu

dancing

Żeby nie było, że jak jestem na wakacjach to tylko jem – trochę kultury też było ;) Czasem lubimy zachować się znów jak turyści w Barcelonie, i ustawić się w kolejce pełnej Anglików, Francuzów i tysiąca innych nacji. Spacerujemy po Barcelonecie, zaglądamy co roku do Sagrady Familii (ciągle ją budują, więc za każdym razem widzimy coś nowego). Tym razem byliśmy na koncercie gitarowym na dachu Casa Batlló (jedna z charakterystycznych kamienic na Passeig del Gracia zaprojektowana przez Gaudiego – oblegana przez turystów, za dnia i w nocy! ). Było przepięknie! Sergi Vincente jest prawdziwym mistrzem gitary klasycznej, przy takich utworach jak “Recuerdos de la Alhambra” (Wspomnienia z Alhambry) naprawdę miałam dreszcze. Do tego pojawili się tancerze flamenco, zaczęli tupać, grać na kastanietach. Kieliszek szampana w dłoni, muzyka i rozgwieżdżone niebo nad Barceloną – żyć nie umierać!

Ok, flamenco może nie było tak do końca katalońskie, ale druga rzecz, o której chcę Wam opowiedzieć jest w 100% CATALANA. W piątek pojechaliśmy na wycieczkę do Vilafranca, miasteczka na południe od Barcelony, które słynie ze swoich Castellers. Castellers – czyli ludzi, którzy budują Castells: zamki, wieże ludzkie, których tradycja sięga XVIII wieku. Znalazłam nawet całkiem rozbudowany wpis na Wikipedii: tutaj możecie sobie przeczytać więcej o Castellers de Vilafranca.

Przyjechaliśmy sobie spokojnie koło południa, rodzinna wycieczka na pełnym luzie. Wiedzieliśmy, że będzie turniej i pokazy Castellers – ale w życiu nie spodziewałam się takiego tłumu! Koło 13,14 zaczęło się schodzić takie mnóstwo ludzi, że staliśmy ramię przy ramieniu, ściśnięci jak sardynki. Zrobiłam screenshota, żeby Wam pokazać: ten kapelusz po prawej to ja. Tak na 80% ;)

Załączam cały film. Ta Pani w czerwonym wepchnęła się kulturalnie z całą ekipa obok mnie, więc perspektywa mniej więcej podobna. My też kręciliśmy, ale nie mamy takich superowych ujęć z lotu ptaka – dlatego filmik z TV3 wygrał w konkurencji z nasza skromna produkcją… To był mega emocjonujący moment, ponieważ akurat ten zespół nigdy nie ustawił jescze takiego wysokiego zamku (10 pięter) – a więc pobili swój rekord, i cała publiczność cieszyła się razem z nimi. Ja też się cieszyłam, krzyczałam i klaskałam – mimo, że na początku nie wiedziałam o co chodzi. Ale trzeba tam być, żeby poczuć te emocje, kiedy wspinają się na górę, budują kolejne piętra, krzyczą, chwieją się – a jednak wytrzymują. To jest niesamowite: widzieć twarz faceta, na którego barkach stoi 8 pięter ludzi (bo tych na samym dole w ogóle nie widać…). W ogóle cała idea Castellers jest piękna: współpraca, tworzenie konstrukcji, gdzie każdy element jest ważny, gdzie każdy ma do spełnienia swoją rolę, każdy jest potrzebny: duży i mały, stary i młody, gruby i chudy.

A tak wygląda to od dołu. Prawda, że dopiero teraz czuć tę wysokość? Te dzieciaki, które wdrapują się na samą górę muszą być naprawdę dzielne!

PS. Publikuję ten wpis dziś, ponieważ nie mogłabym znaleźć odpowiedniejszej daty: 11 września to tzw. Diada – katalońskie święto narodowe, które upamiętnia dzień, w którym Katalonia straciła swoją niepodległość. Dziś mija 299 lat od tego wydarzenia, ale kultura, język i poczucie odrębności narodowej są nadal tak silne, że ciągle mówi się (i marzy) o niepodległej Katalonii. Dziś wszyscy wywieszą katalońskie flagi (chociaż w sumie flagi wiszą zawsze), zaśpiewają swój hymn. Powstanie również inny rodzaj ludzkiej konstrukcji – setki tysięce osób chwycą się za ręcę i dokładnie o 17:14 (na pamiątkę 1714 roku) stworzą Via Catalana – ludzki łańcuch ciągnący się od Vinaros na południu po La Jonquera na północy. 400 kilometrów ludzi zjednoczonych wspólną ideą i miłością do Katalonii.

My dziś z okazji Diady wywiesiliśmy katalońską flagę na naszym poznańskim balkonie. Catalunya, t’anyoro!

Leave a Comment.